Drukuj
Kategoria: Insynuacje
Image(Komentarz Demokratesa: o niżej wspomnianych aspektach  przyjaźni rozmawiamy i piszemy dość rzadko; warto przy okazji zapytać o status przyjaźni w kulturze zysku i konsumpcji)
 
Pomiędzy religijną „miłością bliźniego” a „wartościami rodzinnymi” chrześcijaństwo nie pozostawiło wiele miejsca na zwykłą, ludzką przyjaźń. To wielka strata, która zubaża życie jednostek i społeczeństw.

Przyjaźń była wielką sprawą dla starożytnych, „pogańskich” filozofów i artystów. Pisano o niej wiersze, listy i traktaty filozoficzne.  W ich oczach wydawała się czymś ważniejszym od więzów rodzinnych. Sławiono podobieństwo dusz przyjaciół, górujące nad wspólnotą krwi członków rodziny. Gdy Kościół zrujnował starożytną kulturę, w zapomnienie poszło także zrozumienie dla przyjaźni. Może teraz, gdy chrześcijaństwo słabnie, warto zastanowić się nad tym, dlaczego starożytni tak kochali się przyjaźnić?
 
Coś z intuicji dawnych filozofów można znaleźć w tzw. przykazaniach Leszka Kołakowskiego, zwanych także radami dla szczęśliwego życia. Wytrwali czytelnicy niniejszego cyklu pewnie zauważyli, że nie przepadam szczególnie za tym niedawno zmarłym filozofem. Cenię wprawdzie jego odważną postawę z czasów Gomułkowskich, ale nie mogłem mu darować podlizywania się Kościołowi, jakie przejawiał przez dwie ostatnie dekady. Jako osoba prywatna chyba jednak potrafił mądrze żyć, bo świadczą o tym właśnie jego „przykazania”.

Wśród rad zawartych w kilkunastu zwięzłych punktach (kiedyś do nich wrócimy) na czele znajdziemy taką: „Po pierwsze: przyjaciele. A poza tym…”. Posiadanie oddanych przyjaciół Kołakowski uważał za absolutnie podstawowy fundament szczęśliwego, spełnionego życia, za rzecz najistotniejszą, dla której wszystkie inne cenne rady mogą być dodatkiem, dopełnieniem tylko. W ogromnej mierze zgadzam się z tym jego przekonaniem. Zupełnie nie wiem, czy potrafiłbym już żyć bez przyjaciół i podniosłej atmosfery emocjonalnej, którą tworzą. Obawiam się, że niewiele napisałbym bez ich inspiracji i troski.

Przyjaźń sprawia ponadto, a może przede wszystkim, że czujemy się potrzebni komuś, kto nas akceptuje i rozumie. Badania wykazały np., że ludzie starsi, którzy opiekują się innymi, mają życie dłuższe i bardziej udane niż ich rówieśnicy, którzy nie mają się komu poświęcić. Świadczyłoby to o ogromnej, życiodajnej sile poczucia odpowiedzialności za kogoś. To poczucie jest tym bardziej silne i satysfakcjonujące, im lepszy kontakt mamy z tym, kim się opiekujemy. A ten dobry kontakt jest absolutnie niemożliwy bez przyjaźni. Poświęcenie bez satysfakcji i wzajemności to katastrofa, trucizna duszy.

W tym kontekście musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że chrześcijaństwo tak zaniedbało kwestię przyjaźni. Jeśli kiedykolwiek byliście ludźmi religijnymi, to postarajcie się przypomnieć sobie, ile razy słyszeliście kazania o przyjaźni lub uczestniczyliście w lekcjach religii poświęconych temu tematowi. Obawiam się, że większość z nas odpowie, że nie zna nauczania Kościołów chrześcijańskich na ten temat. Trudno go znać, bo właściwie nie ma takiego. W mojej ocenie nie ma go z trzech powodów – obcości tej tematyki dla fundamentów chrześcijańskiej teologii, niepokojących skojarzeń, jakie przynoszą biblijne obrazy przyjaźni, oraz zagrożeń, jakie stanowi ona dla władzy Kościoła.

W chrześcijańskiej wizji świata mamy bardzo wywyższonego Boga, absolutnego Pana, który pochyla się nad człowiekiem. Relacja Bóg-człowiek nigdy nie była i nie jest partnerska – choćby dlatego, że Bóg zarezerwował sobie prawo do zniszczenia człowieka, prawo do jego potępienia i odrzucenia. Chrystus wprawdzie nazywa swoich uczniów tu i ówdzie „przyjaciółmi”, ale nie bardzo wiadomo, co to znaczy, skoro ma również prawo powiedzieć im: „Idźcie ode mnie precz, w ogień wieczny!”. Tam gdzie nie ma choćby przybliżonej równowagi pomiędzy partnerami (np. intelektualnej, emocjonalnej, finansowej), gdzie jest totalna zależność i miejsce dla strachu, trudno w ogóle mówić o przyjaźni. Przyjaźń, jak wszystko, co dobre między ludźmi, potrzebuje równowagi sił.
 
Jeżeli chodzi o życie kościelne, to przyjaźń w katolicyzmie była zaciekle zwalczana w klasztorach i innych miejscach wspólnego życia religijnego. Dwóm lub trzem zaprzyjaźnionym osobom zarzuca się, że „rozbijają wspólnotę”. Jest to o tyle komiczne, że żadnej prawdziwej wspólnoty tam nie ma – są jakieś konformistyczne relacje, jakaś „miłość bliźniego” (częściej chyba nienawiść), która nie wiadomo, co właściwie znaczy. Jedna z bliskich mi osób zwróciła mi niedawno uwagę na to, że ten strach przed przyjaźnią w Kościele, jest lękiem o władzę. Hierarchiczna struktura traktuje takie autentyczne więzi ludzkie jako zagrożenie dla swojej władzy. Przełożeni chcą widzieć swoje „owce” osobno, indywidualnie i jako od siebie zależne. Wszelkie serdeczne porozumienie „owiec” to potencjalne zagrożenie dla autorytarnej pozycji pasterza. Już „pogańska” starożytność wiedziała o tym niebezpieczeństwie dla tyranów – zdarzało się, że pary przyjaciół przyprawiały dyktatorów nawet o śmierć. Przełożeni zakonni skwapliwie rozdzielali więc zaprzyjaźnionych mnichów i zakonnice, rozsyłając je choćby na krańce świata.

Marek Krak
Odsłony: 3202