Drukuj
Kategoria: Insynuacje
Pytanie dosyć trudne. Trudne zwłaszcza wtedy, gdy zmierzamy ukazać wielość zróżnicowań,  dzielących poszczególne wyznania chrześcijańskie  i poszczególnych chrześcijan w sposobie przeżywania tego, co w chrześcijaństwie oceniają jako szczególnie im bliskie i cenne. Sprawa staje się o wiele łatwiejsza, gdy zawęzimy temat do  wartości chrześcijańskich, głoszonych urzędowo przez Kościół rzymskokatolicki, wprost lub pośrednio.
Dla większej wyrazistości warto zachować w polu uwagi cechy swoiste etyki niezależnej. Niezależnej od religii i kościelnych ujęć moralności, od „ludowych” ciągot do irracjonalizmu  i zapotrzebowania polityków  na hasła ideologiczne brzmiące religijnie. Tego rodzaju porównanie, nawet bardzo szkicowe, może bowiem unaocznić, jak mało mają racji zwolennicy dość często spotykanej opinii, iż  różnice dzielące etykę  świecką od religijnej są drugorzędne, ponieważ i tu, i tam chodzi przede wszystkim o szacunek dla drugiego człowieka.

A przecież istotne odmienności wynikają już stąd, że w nauczaniu Kościoła Katolickiego, jak i innych kościołów, wartością najwyższą, podstawową  i, by tak rzec,   pierwotną jest nie człowiek, lecz  Bóg i jego wola. I to Bóg czczony nie tyle jako uosobienie miłości, co raczej  za swoją potęgę i wszechmoc. Człowiek, któremu przypada kondycja niepełnoletniości i rola  zobowiązanego do posłuszeństwa  dziecka,   nie może być sam miarą wszystkich swoich spraw, jak w etykach niezależnych.  W porównaniu z Bogiem stanowi  wartość wyraźnie wtórną jak każde dzieło wobec swego stwórcy. Poza Stwórcą za swój najwyższy autorytet winien uznawać Kościół katolicki i jego najwyższych zwierzchników, i to - według niektórych wykładni - także w wypadku, gdy nie jest chrześcijaninem. W Kościele katolickim, jak przypomina „deklaracja Dominus Jesus”, winien dostrzegać jedyny prawdziwy kościół Chrystusowy i najpewniejszą drogę do zbawienia. Nic nie stoi na przeszkodzie stwierdzeniu, iż szacunek i posłuszeństwo okazywane Kościołowi sytuują się w samym centrum wartości chrześcijańskich w ujęciu katolickim.

Cześć dla Boga i jego ziemskich przedstawicieli są zarazem centralnymi cnotami chrześcijanina. Ich bodaj najszlachetniejszą i najważniejszą towarzyszką, jest – propagowana  przez  Kościół w  niezmiernie stanowczo, zwłaszcza wobec kobiet  - cnota „czystości”. ”Czystości” nie tylko własnej, lecz także innych osób, również całkiem obcych, w zgodzie z miłością bliźniego, pojmowaną jako współodpowiedzialność za innych. Współodpowiedzialność za życie pośmiertne drugiej osoby, od doczesnego nieporównywalnie cenniejsze  i przez grzech „nieczystości” szczególnie zagrożone,   jest  integralnym czynnikiem chrześcijańskiej miłości bliźniego. Przypominają o tym sprzeciwy autorytetów kościelnych wobec idei    miłości człowieka, głoszonej przez humanitarystów. Nie jest przypadkiem negatywne stanowisko, które wobec  miłości człowieka,  oderwanej od cnoty czystości, od lęku przed Bogiem i szansy zbawienia, zajmował przyszły „polski papież” jeszcze na długo przed elekcją.
 
Nie jest także przypadkowy rozkład akcentów ważności w sławnej encyklice o „blaskach prawdy”, gdzie rozumowo sprawdzalne kryteria  etyki zostały przedstawione jako wyraźnie drugoplanowe  w stosunku do autorytetu Kościoła w kwestiach moralności, a potępienie homoseksualizmu, konkubinatu i wszelkiej cielesnej nieczystości zajęło miejsce centralne. Chodziło tutaj o pokazanie, że  wartości chrześcijańskie nie dają się zawęzić ani do doczesnego pożytku jednostek, ani  do użyteczności społecznej. Albowiem o tym, co jest dobrem albo złem, decyduje wyłącznie Bóg, a wyłącznym autorytetem w rozpoznawaniu jego woli jest Kościół, czyli biskupi i rzymski następca świętego Piotra. Zauważmy przy tym, że seksualność człowieka ma w ujęciu kościołów charakter, by tak rzec, „sakralny” - w sensie łacińskiego przymiotnika „sacer”, który może znaczyć, że coś jest święte, albo przeciwnie - że jest przeklęte: świętymi dla Kościoła są sprawy płciowe wszędzie tam, gdzie służą  prokreacji w dozwolonych ramach, a mogą zostać zbezczeszczone przez tego rodzaju nieświętą technikę jak próbówka do sztucznego zapłodnienia; przeklęte i wyklęte są we wszystkich pozostałych wypadkach jako brudne i kalające; podobne podejście zdradzają  zresztą subkultury więzienne, gdzie dotknięcie kogoś narządem płciowym spycha dotkniętego do najniższej kasty.

Wiele osób zadaje sobie pytanie, skąd się bierze  ów seksocentryzm chrześcijaństwa i tego typu  niedorozwinięte moralnie doktryny ludzkiej płciowości. Najczęstsza  odpowiedź - o rodzącym się z tych doktryn poczuciu winy i moralnego brudu u ogromnej liczby ludzi nie wyjaśnia całej sprawy. Niewątpliwie poczucie winy jest trudnym do przecenienia elementem „bożej ekonomii”, uprawianej przez kościoły nie bez znaczących przełożeń na ich władzę i dochody. Jednakże potępienie „nieczystości” nie z racji rozumowo uchwytnych skutków życia płciowego, lecz ze względu znaną najlepiej Kościołowi wolę Boga tworzy jedno z głównych uzasadnień jego nadziemskiego moralnego autorytetu. Gdyby rozumna obserwacja i ludzkie doświadczenia miały w sprawach etyki być rozstrzygające, cóżby zostało ze szczególnej pozycji kościołów jako urzędów nauczających? Co najwyżej nadwątlone przez Reformację nauczanie, iż   pośrednictwo kościołów jest konieczne do obcowania z Bogiem w sensie ściśle religijnym i kultowym.

Również pozostałe wartości chrześcijańskie zdradzają zastanawiająca zgodność z zapotrzebowaniem kościołów na wyróżnioną pozycję w społeczeństwie. A także, co się z tym wiąże blisko, odzwierciedlają   autorytarne pojmowanie Boga, który również w dzisiejszych  czasach przypomina  raczej potężnego  feudalnego władcę niż uosobienie miłości. Z tych to zapewne względów prowadzą tak często do okrucieństwa i wykazują tak wielką, by tak rzec, przylepność do idei narodowych i nacjonalistycznych. Tak czy inaczej, w oficjalnym, kościelnym, ujęciu są najczęściej zakamuflowaną ideologią dominacji   silnych nad słabymi.     

Świadczą o tym niezliczone przykłady. Chociażby tak zwana społeczna nauka Kościoła. Zauważmy, że poprawa losu ubogich  jest tutaj  sprawą nie tyle ich walki i samoobrony, co jałmużny regulowanej przez Kościół, który zarazem ma monopol na tematyzację społecznego niezadowolenia. Dodajmy do tego,  co tej koncepcji doskonale odpowiada, wiązanie sprawiedliwości w państwie raczej ze szlachetnością jednostek, podobnych oddanemu Kościołowi dobremu monarsze,  niż  z  uspołecznieniem władzy. Łączą się z tym wszystkim integralnie jednoznaczne preferencje dla własności prywatnej, również w obecnej sytuacji, gdy jest to przede wszystkim własność oznaczająca bezwzględną i nieludzką władzę garstki wielkich korporacji nad światem. Trudno nie powiedzieć:  akceptacja gospodarczego i politycznego odpodmiotowienia miliardów ludzi na świecie, czyli nędzy, niekoniecznych chorób i głodu. Wbrew wszystkim górnolotnym protestom kościołów wobec tych zjawisk.
   
W mniejszej skali znakiem dominacji są wartości rodzinne, kult patriarchalnej i autorytarnej rodziny biologicznej. Rodziny jak najbliżej związanej z Kościołem  i maksymalnie wielodzietnej, nawet jeśli wskutek wielodzietności  i niedostatku jest  w obecnych warunkach politycznych niemal pewne, iż zobaczymy dzieci głodujące,   umysłowo i moralnie niedorozwinięte, wchodzące łatwo na drogę przestępstwa. Dodajmy złośliwie: członkowie społeczności idealnej do łatwego rządzenia środkami przemocy. Zauważmy przy okazji, że wśród wartości chrześcijańskich próżno by szukać przyjaźni.  To znaczy związków ze swej natury egalitarnych i wolnych od jakiegokolwiek przymusu, a rodzących się często z podobieństwa lub wspólnoty poglądów. Nie wykluczone, że chodzi tu między innymi o to, że w kontaktach całkowicie  swobodnych mogą się rozwijać i dojrzewać   przekonania, dalekie od preferowanych przez Kościół. Ideałem byłaby dla niego redukcja wszelkich społecznych relacji do tych tylko, które  dochodzą do skutku z jego zalecenia lub inicjatywy, jak: msze, nabożeństwa,  oazy, pielgrzymki oraz – rzecz jasna - uroczystości rodzinne z okazji chrzcin, komunii, bierzmowań, ślubów i pogrzebów.   

W życiu jednostki wartości chrześcijańskie, formułowane przez Kościół, również  oznaczają w istotnych sprawach przymus, bądź nacisk z pogranicza przymusu. Nacisk na katolickie praktyki religijne także wobec osób niewierzących lub innego wyznania, jak w wypadku  żołnierzy zmuszanych w Polsce do zbiorowego chodzenia na katolickie msze. Nacisk na uczestnictwo w lekcjach religii także w stosunku do młodzieży, która do religii czuje awersję.  Nacisk na akceptację kościelnego pogrzebu także  przez ateistów i agnostyków.  I wreszcie, co bodaj najbardziej sprzeczne z godnością człowieka, potępienie i utrudnianie samobójstwa. W  imię Boga jako dawcy życia potencjalnym samobójcom  są odbierane przemocą środki, które sobie wcześniej przygotowali, by we właściwym momencie położyć kres bólowi i upokorzeniu.

Że chodzi tu raczej o eksploatowaną  przez kościoły doktrynę boskiej dominacji nad człowiekiem, niż o samą wartość życia ludzkiego świadczy jego skądinąd bardzo zróżnicowane traktowanie w zderzeniu z innymi wartościami chrześcijańskimi.  Zachowanie życia nie jest na przykład sprawą aż tak ważną, gdy można ponieść chwalebną śmierć męczeńską w obronie wiary, Kościoła lub chrześcijaństwa, albo nawet własnej czci niewieściej jak w wypadku błogosławionej Kózki. Wszystko zależy poniekąd od tego, czyim jest  utracone lub odbierane życie. Życie zygoty, czyli zapłodnionej komórki, budzi wielką troskę Kościoła, której nie budzi na ogół życie skazanego na śmierć przestępcy. Podobną nieczułość zdradzały w ciągu wieków wartości chrześcijańskie w stosunku do zabijanych Żydów, innowierców, ateistów i heretyków. Co więcej, praktyka odmawiania co groźniejszym heretykom dostępu do sakramentów, jako konsekwencja tzw. „ekskomuniki większej”, wskazuje, że również znaczenie życia wiecznego mogło zależeć  od osoby.  Dzisiaj rzuca się w oczy przede wszystkim szczególna wartość przypisywana życiu i śmierci osób duchownych, z reguły tym większa im wyższa godność umierającego. Męczeńska śmierć księży uchodzi przy tym za tak ważną, iż wśród najnowszych świętych znajdujemy ich nieproporcjonalnie wielu w porównaniu ze świętymi ze stanu świeckiego. Zapewne dlatego, że Kościołowi i duchowieństwu przypada o wiele wyższa wartość chrześcijańska niż ludziom świeckim.   

Rzecz jasna, możliwe są również inne ujęcia wartości  chrześcijańskich. Postawienie najsilniejszego akcentu na troskę o najsłabszych może owocować wartościami o wiele bardziej humanitarnymi, zgodnymi  z rozumem i prospołecznymi. Świadczą o tym  między innymi socjalizm chrześcijański i europejska teologia wyzwolenia. Przeszkadzają temu  nie  tylko kościoły, dostosowujące nauczanie moralności do swoich politycznych i ekonomicznych potrzeb. Przeszkodę równie silną, po części przez kościoły umacnianą, tworzy zasygnalizowana na początku  skłonność wielu osób do treści irracjonalnych oraz emocjonalnej, myślowej i moralnej, a  także estetycznej,  łatwizny. Temat na oddzielny tekst.   


Odsłony: 3281