Drukuj
Kategoria: Strategie i taktyka
Image Niezadowolenie z obecnego stanu demokracji w świecie kieruje niekiedy uwagę ku zagadnieniu niewłaściwej selekcji jednostek  do funkcji politycznych. Jak w czasach  Sokratesa i Platona, pojawia się tęsknota do większej roli w polityce ludzi nieprzeciętnych i mądrych, imponujących  siłą woli i odwagą wyobraźni. Zgłaszane w  świecie nauki postulaty poświęcania większej uwagi nieprzeciętności jako wartości, której państwo demokratyczne nie docenia,  jest odpowiedzią na zapotrzebowania tego rodzaju. Dyskusje dotykające tych zagadnień są kontynuacją sporów filozoficznych, które  prowadzono już w  starożytnych Atenach, nie zawsze notabene z motywów czysto poznawczych.  
 
1. Wiara w nieprzeciętność a postawa polityczna. Emocje dochodzące do głosu  w refleksji nad tymi sprawami są zwykle tak silne,  że  preferencje polityczne z trudem dają się ukryć.  Jak dawniej, tak i dzisiaj jest regułą, że po nieprzeciętności i wybitnych jednostkach spodziewają się najwięcej przeciwnicy demokracji.  Zwolennicy monarchii, oligarchii, dyktatury. Krytykując demokrację, ukazują ją chętnie jako rządy tłumu, motłochu lub ciemnych mas. Jeśli z jakichś względów mówić w ten sposób nie wypada, starają się zasugerować, że jest to system władzy sprawowanej przez osoby przeciętne,  umysłowo jałowe, moralnie prymitywne. W domyśle – przez ludzi podobnie nieciekawych jak większość społeczeństwa, która  uczyniła ich swoimi przedstawicielami. W ten pośredni sposób  zostaje wyrażona sugestia, że w systemie dyktatorskim, oligarchicznym czy monarchicznym sprawa przedstawia się o wiele lepiej. Że mianowicie do władzy dochodzą tam łatwiej lub częściej jednostki nieprzeciętne i umiejące rządzić.
        
Demokraci, czyli zwolennicy demokracji, w najdojrzalszej nawet refleksji nad tym systemem politycznym pojęcia nieprzeciętności nie potrzebują. Także wtedy, gdy podkreślają potrzebę fachowości w polityce, nie przychodzi  im do głowy, by żądać od polityków lub ich  doradców, by byli jednostkami nieprzeciętnymi.  Zastanówmy się, dlaczego o tym nie myślą. Zobaczmy też, z jakich powodów, gdy ich zagadnąć w tej kwestii, są zdecydowanie przeciwni takiemu priorytetowi.

Najpierw jednak warto zdać sobie sprawę z rzeczywistego  statusu demokracji. Mianowicie z  faktu, że demokracja jako ustrój realizujący - na zasadzie takich czy innych kompromisów - interesy całości społeczeństwa lub tak zwanego suwerennego ludu właściwie nie istnieje i nigdy nie istniała. Istniały i istnieją natomiast modele demokracji, realizowane w różnych aspektach w większej albo mniejszej mierze. Zakres, w jakim są urzeczywistniane, wynika przede wszystkim z tego, w jakim stopniu politycy są realnie zależni od społeczeństwa, a w jakim od innych swoich suwerenów. Jeśli na przykład bardziej niż od większości mieszkańców kraju zależą od potężnego Kościoła lub potężnych gospodarczych sił nacisku, demokracja staje się bardzo ułomna lub pozorna.

Obwinianie demokracji o nieodpowiednie mechanizmy selekcji  do funkcji politycznych nie może mieć sensu tam, gdzie chodzi o mechanizmy funkcjonujące w systemie tylko z nazwy demokratycznym, a w istotnych aspektach oligarchicznym: w systemie, w którym instytucja wyborów  i kampanii wyborczych są zorganizowane w ten sposób, iż społeczeństwu trudno z nich korzystać inaczej niż zgodnie z interesem najsilniejszych.

2. Demokratyzm: realizm i nieufność. Ze względu na możliwość podmieniania demokracji przez takie wątpliwe jej ersatze,   przedmiotem szczególnej troski demokraty jest  polityczny potencjał społeczeństwa. Albo po prostu, troska o jego jak najszerszą i jak najżywszą polityczną aktywność  dla dobra poszczególnych jego części i wspólnego. Od demokratycznych polityków oczekuje demokrata  głównie tego zatem, by - mając respekt przed siłą społeczeństwa -  dbali jak najskuteczniej o  demokrację w jak największym stopniu realną. Oczywiście, oczekuje także skuteczności w administrowaniu krajem – w zakresie gospodarki, kultury i oświaty, a także militarnej obronności i odporności na groźbę klęsk żywiołowych. Oczekując tego wszystkiego – dopowiedzmy do końca myśl już zaczętą – stawia przede wszystkim na sprawne mechanizmy kontroli i oddolnych nacisków. Dlatego też w wypadku demokracji pozornej, zaczątkowej   lub zdegenerowanej nie ulega demokrata złudzeniu, iż sama wymiana niedostatecznie prospołecznej ekipy rządzącej na uczciwszą i mądrzejszą  może przynieść trwałą zmianę na lepsze. Z tychże względów tak wysoko ceni sobie ideę społeczeństwa obywatelskiego, pilnującego spraw demokracji niezależnie od polityków.

W to, iż wybór ludzi odpowiedzialnych, szlachetnych i odważnych na stanowiska polityczne może nie wystarczyć do zmian na lepsze, nie pozwala wierzyć nie tylko demokratyzm, ale i zwykły zdrowy rozsądek. Najsprawniejsza nawet i najprawdziwiej demokratyczna ekipa złożona z samych ludzi wyselekcjonowanych pod względem uczciwości niewiele wskóra, gdy społeczeństwo jest słabe, bierne, niezdolne do spontanicznej samoobrony. Wyobraźmy sobie, co by się  w takich warunkach stało, gdyby ekipa taka przystąpiła - dziś czy jutro - do urządzania kraju w pełnej zgodzie z interesami większości wyborców. Ilu jej członków oparłoby się naciskom globalnych i krajowych sił gospodarczych: prowokacji, perswazji, zastraszeniu, kampaniom oszczerstw? Trzeba by tu chyba całkiem nowego gatunku ludzi o skrajnie niedorozwiniętym instynkcie samozachowawczym.  
 
Silne społeczeństwo oznacza oprócz aktywności sprawną kontrolę. Jest ona niezbędna między  innymi do tego, by nie nadawali tonu w państwie ani karierowicze, ani - tym bardziej - jednostki o patologicznych cechach charakteru. A w każdym razie do tego, by nie powstawały niebezpieczne dla demokratycznych stosunków społecznych zbyt bliskie relacje między ludnością a  tak zwanymi postaciami charyzmatycznymi. Z tkwiących tu zagrożeń demokracji zdawali sobie dobrze sprawę już starożytni Ateńczycy, tworząc instytucję  sądu skorupkowego, wydalającego z kraju jednostki zbyt wpływowe. Zrozumieli te zagrożenia, po niewczasie,  także powojenni Niemcy, zwalczając przy pomocy szeroko zakrojonych działań oświatowych irracjonalne tęsknoty ludności do silnego przywództwa: teoretycy i praktycy demokratyzacji wychodzili tu z realistycznego założenia, iż im światlejsze i prężniejsze jest społeczeństwo, tym trudniejsze staje się jego zniewalanie, wyzysk i ogłupianie.

Ten trzeźwy wgląd w mechanizmy władzy – to  główny powód, dla którego demokrata pozostaje nieczuły na urok takich pojęć, jak nieprzeciętność, wybitność  czy genialność: w ich akcentowaniu widzi  przesuwanie uwagi z trudnych zadań wychowawczych i kulturowych  ku pomysłom zwodniczym i szkodzącym większości ludzi. Drugim ważnym powodem są same wady pojęć tego rodzaju.  
          
3. Nieprzeciętność – słowo nieodgadnione.  Jak nie trudno zauważyć, mamy tu do czynienia z określeniem, które - przy najlepszej woli - nie oznacza więcej, jak tylko wyróżnianie się od większości w sposób pozytywny.  Innymi słowy -  wyróżnianie się in plus pod względem, na którego wymienianie  nie ma się czasu lub ochoty. Ten, ukryty w sposobie używania słowa, dystans wobec relatywizacji sprawia, że mamy tu do czynienia z jednym z tych dość licznych pojęć wartościujących, które pozytywną różnicę zaznaczają niejako sygnalnie, w sposób najogólniejszy z możliwych. Z interesującego tu nas zakresu, należą do nich pojęcia mądrości, cnoty, czyli dzielności, słuszności, poprawności, nonkonformizmu, moralnej wielkości, a - pośrednio - wiele innych, których najczęściej wcale o to nie podejrzewamy. Czymże innym jest, na przykład, mądrość - bez precyzujących dopowiedzeń – jeśli nie wyłącznie wiedzą lub sprawnością intelektualną w znaczeniu pozytywnym, lecz niemożliwym nieraz do odgadnięcia? To, że człowiek mądry od nie posiadającego mądrości różni się zasadniczo, jest tu istotą sprawy, lecz równie niejednoznaczną. Postulować, by politykę uprawiali ludzie mądrzy, jest ogólnikiem niewiele więcej mówiącym niż żądanie, by byli nimi ludzie dobrzy lub szlachetni bez wyjaśnienia, o co chodzi.
         
Nieprzeciętność w odniesieniu do wyróżnionych ludzkich zbiorowości jest bliskim odpowiednikiem pojęcia elity, gdy znaczy ona mniej więcej tyle, co „najlepsi”. Zauważmy, iż istnieją pojęcia wartościujące mniej zamknięte lub bardziej otwarte na domyślną relatywizację. Na przykład pojęcie uczciwości - budzące od razu myśl o konkretyzacjach, o tym na przykład, że człowiek uczciwy nie kradnie, nie kłamie, nie oszukuje. Albo pojęcie solidnego rzemiosła odsyłające niemal automatycznie do respektowania „reguł sztuki” powszechnie znanych.

Skoro tak, to rodzi się pytanie, kto i w czym może mieć polityczny pożytek z eksponowania takich nieostrych pojęć. A także: w jakich warunkach może komuś zależeć na tym, by władzę sprawowali ludzie nie tyle tacy po prostu, jak trzeba, co raczej lepsi od przeważającej większości, i to lepsi niejako w ogóle, czyli w sposób nie dopowiedziany do końca? A także: kiedy i dla kogo staje się ważne, by jakaś zbiorowość, na przykład zwana narodem, uchodziła za lepszą od innych lub za najlepszą w świecie?

4. Niebezpodstawne podejrzenie. Nieprzeciętność już z daleka pachnie reklamą i konkurencją, co prowadzi dość szybko na trop odpowiedzi. Rodzi się mianowicie podejrzenie, iż skuteczne naprawianie stosunków politycznych nie jest tu priorytetem, a chodzi raczej, jak zasygnalizowano na początku, o konkurencję  „lepszej” mniejszości społeczeństwa z pozostałymi jego częściami; mówiąc najprościej - o propagandowe dowartościowanie dominacji mniejszości nad większością. Nie brakuje mianowicie przykładów na to, że tam, gdzie trzeba szerzyć wiarę w nieudowadnialną wartość jakiejś rzeczy, a moralna przewaga oligarchii czy oligarchicznej dyktatury nad demokracją  należy do takich spraw nieudowadnialnych, wielce przydatne są pojęcia i określenia właśnie takie: pojęcia o nieuchwytnej treści, które  zadanie kwestionowania lub sprawdzania zasadności władzy mniejszości czynią jak najtrudniejszym, a także zbędnym; sugerujące, iż lepszość owej mniejszości sprawującej władzę jest naturalna i obiektywna, a nie tylko z własnego nadania, w każdym zaś razie, że jest lepszością, nie wymagająca ani krytycznej, ani żadnej w ogóle refleksji, ponieważ jest niejako oczywista. Dowód i argumentację zastępuje tu od tysiącleci zamykające wszelką dyskusję porównanie organizmu społecznego do ludzkiego: każdy widzi, że są w nim części ciała takie, jak nogi i ręce, przeznaczone w sposób naturalny do posłuszeństwa, oraz głowa przeznaczona z natury do decydowania i rozkazywania.
 
Pojęć pochwalnych służących temu antydemokratycznemu rozróżnieniu można wymienić bardzo wiele. Oprócz pojęcia elity wysuwają się na czoło podobnie nieostre rozumienia takich potocznych określeń, jak „szlachta” i „arystokracja”, ale też – w pewnych kontekstach – „wybrańcy Boga”, ”boscy mężowie”, „mężowie doskonali”, jak również utożsamiani z „mędrcami” „duchowni” i „filozofowie”, no i oczywiście sami  „mędrcy”. W odniesieniu do nastawionych na dominację  zbiorowości wszelkie rekordy jaskrawej  mistyfikacji biją określenia „naród panów„ i „rasa panów”. Poczesne miejsce zajmuje, rzecz jasna, również pojęcie wodza, bliskie niekiedy pojęciom proroka i zbawiciela. Tak czy inaczej, desygnaty wszystkich tych określeń są zespolone z domniemaniem nieprzeciętności w sposób nierozłączny.  Na drugim biegunie tej dychotomii sytuują się takie pojęcia i nazwy, jak „naród niewolników”, „motłoch” i   „pospólstwo”. A także  „ciemne masy” i – w terminologii neoliberalnej – wszechobecni dziś „nieudacznicy”, na oznaczenie bezwartościowych ludzkich odpadów. Ile między pojęciami obu tych grup pozostaje jeszcze wolnej przestrzeni, nie jest tu istotne.

5. Pożytki dla dyktatur. Ilustracją pożytków, jakie pojęcia takie przynoszą propagandzie autorytarnych i antydemokratycznych modeli społeczeństwa, można wypełnić grube tomy analiz. Europejczykowi przychodzi tu na myśl przede wszystkim model społeczeństwa i państwa stworzony przez Platona. Nie chodzi tu przy tym o samą zasadę, że  władza w państwie winna być sprawowana wedle wiedzy i wartości etycznych. Ważne jest tutaj to, że w Platońskiej propozycji, by zasadę tę realizowały rządy filozofów, filozofom zostaje przypisana baśniowa wprost nieprzeciętność moralna. Ona to ma sprawiać zapewne, iż to ich panowanie ujdzie jakimś cudem  przyrodzonemu losowi każdej władzy przez społeczeństwo nie kontrolowanej  i nie wyrodzi się w tyranię. Mamy tu zresztą jeden z wielu przykładów na to, jak bardzo  tak zwany szlachetny idealizm bywa bliski naiwności i jak blisko potrafi się wiązać z propagandą ustrojów autorytarnych.

Baśniowy aspekt nieprzeciętności można śledzić także na przykładzie tej realizacji Platońskiego modelu, którym stał się - w istotnej mierze  - religijno-kościelny totalitaryzm panujący w Średniowieczu (i w czasach późniejszych). Nieprzeciętność kleru i kościelnych hierarchów nie tylko wymykała się wszelkim racjonalnym sprawdzeniom, ale też - przynajmniej w dziedzinie moralnej - znajdowała jaskrawe zaprzeczenie w codziennej obserwacji. Jako przedmiot wiary w szczególną zdolność sług bożych do odwracania gniewu Boga i wszystkich niemal nieszczęść, włącznie  z zakusami szatana, była to nieprzeciętność dla Kościoła  nieoceniona, a ponieważ stanowiła narzędzie szantażu zadziwiającego skutecznością, nic dziwnego, że należała do fikcji wpajanych społeczeństwu ze szczególną dbałością. Nie trzeba dodawać, że w połączeniu  z domniemaną nieprzeciętnością świeckich monarchów i możnych, a także czyniących cuda osób świętych i błogosławionych, nierzadko ze stanu duchownego, ułatwiała znakomicie wyzysk i zniewolenie.

Nie ulega wątpliwości, iż to, za co Kościół chwalił stan duchowny i zmarłych ludzi zaliczonych przez siebie w poczet świętych, nie było  nazywane nieprzeciętnością: powód do wysokiej lub najwyższej oceny tworzyła ponadprzeciętnie silna wiara i szczególne posłuszeństwo kościelnym nakazom moralnym. Nieprzeciętność duchownych jako pozytywne, ale i nie dopowiadane do końca,  wyróżnianie się od większości, było raczej sprawą najogólniejszej perspektywy, w której patrzyli na nich i ludzie świeccy, i sami duchowni. Brak szybko i spontanicznie nasuwających się dookreśleń tak odczuwanej nieprzeciętności nie stanowił mankamentu. Przeciwnie, sprzyjał niekwestionowaniu zasadniczej lepszości kleru, uprawniającej do kontroli i władzy nad innymi.
 
Lepszość i nieprzeciętność przedstawicieli arystokracji rodowej i szlachty wyglądają bardzo podobnie. Widać to dobrze choćby na przykładzie samoświadomości szlachty polskiej. Malownicze legendy o jej pochodzeniu od starożytnych Sarmatów, a pierwotnie od Jafeta, syna Noego (w odróżnieniu od chłopów mających się wywodzić  od przeklętego przez Noego prostackiego Chama) unaoczniają – co tu także bardzo  istotne - pokrewieństwo elitaryzmu z rasizmem. Trudno uwierzyć, lecz z podobnie rasistowską wiarą w biologiczną odmienność ludzi ze szlacheckich czy z ziemiańskich rodów można się spotkać w Polsce jeszcze dzisiaj. Nie wymarły również mity o dziedziczonej biologicznie skłonności osób lepiej urodzonych do szlachetnych czynów, patriotyzmu i uczciwości. Oczywiście, potrzeba schlebiania sobie odgrywa tu dość ważną rolę, nie wyczerpuje jednak ani przyczyn, ani funkcji takiej zmitologizowanej samoświadomości. Uzasadnienie istniejących lub nowo powstających nierówności społecznych oraz stosowania przemocy wobec „gorszych” - to funkcja nie mniej ważna.

Terrorystyczna polityka międzywojennych polskich ziemian wobec chłopów na tak zwanych kresach ilustruje tę funkcję nie gorzej niż tysiące innych możliwych przykładów. Tak czy inaczej, nie sposób przy takich okazjach nie przypominać  starej  i banalnej, lecz zawsze aktualnej diagnozy: że zarówno nieprzeciętność, jak i naturalna lepszość są w ogromnej mierze produktami samonominacji i autoreklamy. Dotyczy to także pozytywnego obrazu wielu elit, które zdają się budzić szacunek raczej spontaniczny niż wypracowany przez nie same.
 
Najwyraźniej jednak te mechanizmy kreacji i reklamy ukazuje to, co nazywamy kultem jednostki. Nieprzeciętność znajduje tu swoje miejsce najbardziej naturalne i dla siebie najwygodniejsze. Nie jest  przypadkiem, że dyktatorzy i tyrani różnych epok tak często uchodzą za jednostki wybitne, nieprzeciętnie utalentowane, a nawet genialne.  Z przemilczeniem faktu, że w większości wypadków  wyróżnia ich głównie albo wyłącznie  ponadprzeciętne zapotrzebowanie na władzę.   Przyczyną podstawową, dla której cieszą się tą swoją pochlebną opinią jest oczywiście to przede wszystkim, że jest im potrzebna do rządzenia, a dbają o nią zarówno oni sami, jak i ich propaganda wraz z wymiarem sprawiedliwości, przeciwdziałającym szerzeniu opinii niepochlebnych. Nie bez znaczenia jest także zapotrzebowanie rządzonych na wiarę w niezwykłego władcę, który prędzej czy później okaże dbałość o ich  interesy i z którego można być dumnym jako z przedstawiciela i symbolu własnego państwa, narodu czy ludu. Zdawałoby się, że przydatność opinii nieprzeciętności osiąga wymarzony przez dyktatora szczyt, kiedy zaczyna on uchodzić za nieomylnego w sprawach politycznych i moralnych. A przecież często chce uchodzić również za autorytet w sprawach kultury lub nauki.

Specjalnością dyktatury jest także nieprzeciętność w ścisłym tego słowa znaczeniu zadekretowana. Jak nieomylność dawniejszych i dzisiejszych  biskupów Rzymu, jak boskość starożytnych cesarzy rzymskich. Nie jest tu przy tym konieczne, by ktokolwiek w taką nieomylność lub boskość wierzył poważnie. Ważne, że sprawowana władza jest na tyle silna i sprawna, że potrafi gwałcić rozum bez sprzeciwu rządzonych.  
 
6. W najogólniejszej ocenie. Streszczając i uzupełniając, można powiedzieć, co następuje: nieprzeciętność jako taka, czyli nie określona bliżej, jest pojęciem  nieostrym i ułomnym,  nic właściwie nie znaczącym, lecz przez to, że wynosi jednych nad drugich, może stanowić i stanowi pojęcie użyteczne w dyktaturach, pomaga bowiem uzasadniać dominację „lepszych” nad „gorszymi”; opinia nieprzeciętności ułatwia także kult osób panujących, utrudniając  zarazem opór wobec ich przemocy; w tej swojej manipulacyjnej funkcji zarówno samo pojęcie nieprzeciętności, jak i wyżej wzmiankowane pojęcia do niego podobne, można zaliczyć do kategorii bojowych. Do owych Kampfbegriffe, fighting words, czy combat terms, o których mówi się tak często w zachodnich krytykach ideologii.  Nieprzeciętność sytuowałaby się w podkategoriach  pojęć bojowych emfatycznych i apologetycznych, jako broń kamuflowana  średniej rozpoznawalności.  
   
Dla demokracji natomiast i dla zmagań o demokratyzację ludzkich zbiorowości nieprzeciętność, wybitność czy genialność, to na ogół - podobnie jak mądrość i dzielność - pojęcia  bez większej użyteczności, by nie rzec, bezużyteczne. Nasuwa się przy tym pytanie, czy  w wypadku pojęć tak nieostrych, jak nieprzeciętność czy wybitność  mówienie o mających być ich treścią wartościach, nie jest nadużyciem logicznym. Inna rzecz i z innego punktu widzenia, iż dobrze jest, jeśli za demokracją i demokratyzacją opowiadają się jednostki o znanych nazwiskach i chwalone w mediach jako nieprzeciętne. Ale byłby to już przyczynek do odrębnego  tematu - relacji między demokracją a reklamą. Swoją drogą, rzecz warta uwagi, w jak naturalny sposób różne bronie pojęciowe odpowiadają tym, a nie innym opcjom społecznym i politycznym.  
 
Podobne do powyższych i inne zastrzeżenia wobec kultu  nieprzeciętności,  wybitności czy wspaniałości towarzyszyły ruchom demokratyzacyjnym od stuleci. Na ogół jednak torowały sobie drogę do ludzkich umysłów z wielkim trudem. Dopiero po doświadczeniach totalitaryzmów dwudziestego wieku ostrożność wobec takich pojęć i terminów stała się standardem, przynajmniej w Europie Zachodniej. Programowej dekonstrukcji antydemokratycznych narzędzi ideowych  towarzyszyła niekiedy refleksja również nad relacjami, jakie zachodzą między tendencjami faszystowskimi a idealizmem, w sensie filozofii i światopoglądów oderwanych od społecznej i gospodarczej rzeczywistości. Zauważalny obecnie pewien odwrót od tego racjonalnego trendu jest dla demokratów niepokojący.  
 
Niepokoi także nawrót intelektualnej fiksacji na takich czy innych niedostatkach polityków jako osób i osobowości. Podkreślmy tu jeszcze raz myśl już wyżej na ten temat wypowiedzianą: podstawowy, najtrudniejszy problem demokracji, polegający na niedostatecznym  wpływie społeczeństwa na polityków, nie zostanie rozwiązany przez  samo  desygnowanie na nich odpowiedniejszych ludzi.  Jako propozycja alternatywna w stosunku do radykalnego poszerzania aktywności politycznej społeczeństwa i do jego uodporniającej na manipulację edukacji, odwraca uwagę od sedna problemu.   Także z tego względu demokrata, zorientowany w mechanizmach systemu, pomysły z nieprzeciętnością traktuje niechętnie - jako idealistyczne  w nie najlepszym tego słowa znaczeniu.  

Konkluzja o ważności tematu. Niezależnie od powyższej diagnozy, odnowienie starożytnej dyskusji na temat mankamentów demokracji jest pomysłem trudnym do przeceniania. Jednym z  istotnych zagrożeń tego systemu jest bowiem podupadanie jego dość prężnej do niedawna samoświadomości. Również ewolucja dyktatur ku anonimowej dyktaturze kapitału stwarza coraz to nowe wyzwania intelektualne. Wyzwania między innymi w tym aspekcie, że dowartościowywanie ukrytej i jawnej przemocy nad masami, a także pojęcia bojowe owej dyktatury i jej broń kamuflowana zasługują na  ujęcia porównawcze. Tym bardziej, że dzieje filozoficznej refleksji nad człowiekiem i społeczeństwem są pełne bałamuctw ogromnie użytecznych dla antydemokratycznej  manipulacji. Także tej najnowocześniejszej.

Jerzy Drewnowski

w Jedlni Letnisku 11 czerwca 2010 r.


Tekst napisany dla „Forum Klubowego”
Odsłony: 3360