Drukuj
Kategoria: Sztuka zaprzężona
Lewis Moore Lewis Moore, malarz amerykański, urodzony w Colorado, maluje  w duchu mistycznym. Stworzył kierunek, któremu od niedawna nadaje nazwę  „profetycznego realizmu”. Studiował - oprócz  fizyki  i biznesu  -   malarstwo w Monachium pod kierunkiem Franza Nagla.
W latach 1972-1999 przebywał w Honolulu,   wykładając   historię sztuki na tamtejszym uniwersytecie. Jako człowiek, który  podczas odbywania służby wojskowej musiał walczyć w Korei, wyznaje poglądy pacyfistyczne. Poza tym -  niedalekie od lewicowych, lecz kojarzące się bardziej z chrześcijańskim liberalnym  uniwersalizmem.  Wypowiada je - poza gronem przyjaciół – jedynie  pośrednio, przez symboliczne znaczenia  swoich obrazów. Maluje je tylko po części z estetycznej pasji, także  z nieukrywaną intencją moralizatorską. Zapytywany w tej kwestii, przyznaje ogólnie, że  przekazuje obecnie wizje świata dość odmienne od tych, którymi żył kilkanaście lat temu.

 

Spróbujmy tę zmianę uchwycić i nazwać. Wydaje się bowiem, że podobnej ewolucji podlegał w tym czasie sposób patrzenia na świat ogromnej liczby ludzi w Europie i w Ameryce.

Kto  z obrazami Lewisa Moore’a miał kontakt jeszcze w roku 1989, temu rzucał się w oczy ich optymizm,  organizujący   pozostałe ich treści i przesłania. Tworzyły go mnogość światła, uwaga skoncentrowana na  rozwoju i ruchu, niezliczone przedmioty budzące myśl o dynamicznym  parciu świata ku lepszemu. Radosna pochwała   zwycięskiego ducha i przenikniętej nim materii,  pean na cześć życia  i przyrody,  włącznie z erotyką i  seksualnością. A wszystko -  bez jakiejkolwiek aluzji do śmierci lub rozkładu, do upadku kultury lub moralnego zła.  Niestety, większość obrazów  uwodzących  pięknem tego  nastroju została zniszczona przez artystę w ostatnim czasie.  Pewne, choć bardzo  niedoskonałe,   o nich pojęcie dają kompozycje „Marriage” z roku 1978 i „Dew Drop” z 1985. O tym, że nie zostały zlikwidowane, zadecydowała zapewne ich symbolika  tyleż miłosna, co  religijna. 

Marriage
Marriage, 1978


Dew Drop
Dew Drop, 1985


Ember Carpet
Ember Carpet, 2001


Także w swych nowszych dziełach, jak „Ember Carpet” z roku 2001,  Lewis Moore ulega pokusie stawiania światu  efektownych pomników, i to nie  bez  aluzji do jego boskiej  komponenty.  Mimo to jest to świat raczej przerażający niż taki, w którym chciałoby się żyć. Nawet oko Opatrzności zdradza znamiona rozkładu, a  symbole destrukcji w każdym kolejnym obrazie  zajmują coraz więcej miejsca.   Ruiny wielkich budowli, całych miast i bliżej nie określonych rozbitych  cywilizacji  stały się nieodłącznym tłem, albo raczej naturalnym środowiskiem  przedmiotów i postaci malowanych w ostatnich latach. A trzeba dodać do tego wszędzie obecne, śledzące nas szeroko otwarte oczy. W niektórych wypadkach  są to  być może oczy zawsze czuwającego Boga. Gdzie indziej nie ma wątpliwości, że na każdym kroku  - jak w obrazie „The Calf and Young Lion...” obserwują nas i  podglądają drapieżne  potwory.

The Calf ...
The Calf and Young Lion Shall Grow Up Together, 2003


Skojarzenia z lękami schizofreników ilustrowanymi przez Antoniego  Kępińskiego są tu chyba niesprzeczne z intencją artysty. Znacznie jej bliższe   są jednak  nawiązania do zamierzeń Francesca Goyi  w jego „Kaprysach”,  stanowiących reakcję na kruchość idei oświeceniowych i na ciemnotę, która  panowała w ówczesnej Hiszpanii. Z tym jednak zastrzeżeniem, że  w obecnym profetyzmie  Lewisa Moore’a  chodzi nie tyle o sprzeciw wobec irracjonalizmu i zabobonu, co raczej o ogólną przestrogę przed nadchodzeniem epoki  moralnie mrocznej i groźnej.  Co równie ważne, dla lęku przed ponurą przyszłością nie stanowi  przeciwwagi  nadzieja.  W połączeniu z symbolami wiary chrześcijańskiej reprezentują ją  w  nowszych obrazach  elementy zieleni. Najczęściej w formie  glonów lub porostów,  kierują myśl ku odradzaniu się zniszczonego życia na Ziemi. Lecz niewiele wskazuje na to, że będzie to jeszcze życie gatunku ludzkiego - w sumie nadzieja, która nie cieszy.

Morał płynący z powyższej analizy,  i z mnóstwa jej podobnych,  nie jest budujący, ani prosty. To prawda, że wielu niezależnych i oryginalnych artystów, jak nasz tutaj przedstawiony „profetyczny realista’, uprawia swą twórczość pod surową kontrolą skrupulatnego sumienia.   Z drugiej strony, jak okiem sięgnąć - wszędzie podobny pesymizm, a jeśli przykrywa go listek figowy nadziei - to niezbyt udatnie. Lecz być może idei filozoficznie nowych i  na  miarę nadchodzących czasów nie należy szukać w sztuce.  Gdy się wreszcie gdzieś  znajdą i zostaną  nagłośnione, sztuka je  powtórzy tysiąckrotnym echem.    A swoją drogą, losy optymizmu po roku 1989  zasługują na uwagę. I na wyjaśnienia.     

W Jedlni Letnisku, 27 sierpnia 2008










Odsłony: 3408