Drukuj
Kategoria: Diagnozy i prognozy
(Komentarz Demokratesa: w bałamutnych jakże często filozoficznych dyskusjach nad szczęściem warto pozostawać wyczulonym na jego mierzalność  i obiektywne warunki)  

Jak to możliwe, że mieszkańcy krajów o teoretycznie najgorszych warunkach do życia zbudowali sobie świat najbardziej przyjazny?

Skandynawia, czyli tzw. kraje nordyckie, to 5 państw północnej Europy połączonych podobnymi językami (z wyjątkiem Finlandii), wspólną historią i zbliżoną kulturą (wyrosłą z luteranizmu), a obecnie także podobnymi wartościami społecznymi. Charakteryzuje je również związany z położeniem geograficznym nieprzyjazny człowiekowi klimat: długie jesienno-zimowe wieczory czy wręcz noce polarne, chłód połączony w Danii, Norwegii i Islandii z przejmującą wilgocią i silnymi wichrami, a na znacznych obszarach Szwecji, północnej Norwegii i w całej Finlandii także z bardzo mroźnymi i długimi zimami. Wydawałoby się, że życie, jakiego można by się tam spodziewać, będzie wypełnione biedą i zabarwione depresyjnymi nastrojami. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie, i to od przynajmniej dwóch pokoleń – kraje te przodują w rozwoju technicznym i społecznym, a wskaźniki satysfakcji życiowej należą do najwyższych na świecie.
 
Rewolucja socjaldemokratyczna

Cała Skandynawia, począwszy od Szwecji, została przeorana mentalnie przez ideologię tamtejszej socjaldemokracji. Była ona z jednej strony antyradziecka, a z drugiej bardzo krytyczna wobec USA. W polityce społeczno-gospodarczej stworzono model państwa zapewniającego pełne bezpieczeństwo socjalne obywateli oraz innowacyjną gospodarkę opartą na udziale własności prywatnej, spółdzielczej i państwowej. Obowiązkowe wysokie zarobki i świadczenia dla pracowników sprawiły, że firmy musiały się albo rozwijać, albo przebranżawiać, albo ginąć. Sprzyjało to innowacjom. Stworzono społeczeństwa bardzo egalitarne, gdzie wysokim podatkom towarzyszyły duże świadczenia dla wszystkich (także zamożnych). Jednocześnie wiązało się to z wysokim odsetkiem zatrudnionych, w tym kobiet. Kraje nordyckie bardzo szybko postawiły także na równouprawnienie kobiet oraz nowy, egalitarny model rodziny. Wcześnie przyswojono sobie hasła proekologiczne oraz wielki szacunek dla idei praw człowieka i pacyfizmu. Nie przeszkadzało to Szwecji w czasach zimnej wojny posiadać jedną z najlepszych armii w Europie. To wówczas kraj ten stał się ikoną krajów niezaangażowanych, trzecią drogą wśród dwóch zwaśnionych bloków militarnych.

Wpływ nordyckiej ideologii socjaldemokratycznej objął całe tamtejsze społeczeństwa, w tym prawicę. Dzięki temu tamtejsze partie konserwatywne konserwują także, gdy są u władzy, socjaldemokratyczny de facto model państwa bezpieczeństwa socjalnego. Prawicowe korekty społeczno-gospodarcze są zwykle niewielkie i nie naruszają istoty systemu. Jedynie w Islandii długo rządząca prawica wprowadziła system bardziej liberalny i nie skończyło się to dla tej wyspy zbyt szczęśliwie.

Co ciekawe, wielokrotnie ogłaszano już śmierć skandynawskiego modelu. W Polsce słynął z takich deklaracji m.in. Janusz Korwin-Mikke. Mówiono, że Skandynawia zbankrutowała. A ponieważ bankructwo nigdy nie nastąpiło, to przestano wreszcie kłamać i sukcesy skandynawskie przypisano tamtejszej specyfice historyczno-kulturowej. Przykład skandynawski jest bowiem bardzo ciężki do zniesienia dla zwolenników fundamentalizmu rynkowego – samym swoim istnieniem zaprzecza lansowanym przez nich tezom. Dlatego dla potrzeb propagandy Skandynawię trzeba albo zakłamać, albo zignorować. W Polsce to się do pewnego stopnia udało, ale w ostatnich latach Skandynawia jest znów popularna, jakby na przekór Korwin-Mikkem i Balcerowiczom.

Zadowoleni z życia

Bez rewolucji socjaldemokratycznej z połowy XX wieku nie byłoby cudu szczęśliwej Skandynawii. Według zeszłorocznego rankingu „Forbesa”, wśród 5 krajów, których mieszkańcy są najbardziej zadowoleni na świecie, aż 4 leżą w Skandynawii – to Dania, Finlandia, Norwegia i Szwecja. Piątym okazała się Holandia, która zresztą posiada system pod wieloma względami zbliżony do nordyckiego.

Dania zajęła w tym rankingu pierwsze miejsce i takowe zajmuje we wszystkich niemal pomiarach szczęśliwości. Jest lepsza od innych krajów skandynawskich z powodu najniższego bezrobocia i wysokości dochodów na głowę mieszkańca.

Wśród przyczyn tego poczucia szczęścia wylicza się: wysoki standard dochodów przy dużej ich równości, dobry system edukacji publicznej, prawidłowo, sprawnie funkcjonującą służbę zdrowia i właściwe zabezpieczenie na starość. Do tego dochodzi jeszcze jedno – słynne skandynawskie umiłowanie prostoty i natury. Tamtejszy model wychowania nie nakierowuje młodych ludzi na wyścig szczurów i pogoń za coraz większymi pieniędzmi, lecz uczy zadowolenia z tego, co się ma, samoakceptacji oraz szukania zadowolenia z życia także poza sferą materialną. I to raczej nie w religii...

Kraje nordyckie szczycą się także niską przestępczością, niewielkim odsetkiem więźniów, nowatorskim od pokoleń podejściem do wychowania młodzieży. Tamtejsza mentalność została także przeorana przez feminizm, ruch wyzwolenia gejów oraz empatię wobec zwierząt. To, co w Polsce uznaje się ze zgrozą za „cywilizację śmierci”, pomaga w Skandynawii budować dobrostan społeczny.

Szwecja jest jednym z pierwszych krajów świata, który miał zostać dotknięty bombą demograficzną, czyli gwałtownie rosnącą liczbą osób w starszym wieku. Bomba nadeszła, ale nie eksplodowała. Nie tylko dlatego, że zaczęło się rodzić nieco więcej dzieci niż wcześniej i że zreformowano system emerytalny. Starszych ludzi przygotowuje się do czasu emerytury, uczy aktywnego spędzania czasu, przedłuża czas pracy dla tych zdrowych. Skumulowanie takich działań sprawia, że wzrost liczby emerytów nie okazał się katastrofą ani nie zadłużył budżetu. Przeciwnie, Szwecja jest jednym z najmniej zadłużonych krajów Europy.

Religia po skandynawsku

Jak już wspomniałem, kraje nordyckie łączy luterańska tradycja i humanistyczna współczesność. Prowadzi to do zaskakujących dla nas kontrastów. W Skandynawii mamy największy odsetek ludzi niereligijnych na świecie. Jednocześnie niektóre z tamtejszych krajów (Dania, Norwegia) nie przeprowadziły do końca rozdziału Kościoła od państwa. Czy są to zatem kraje klerykalne? Wręcz przeciwnie. Luteranizm nie jest nurtem religijnym prowadzącym współcześnie do klerykalizacji życia publicznego. Tamtejszy protestantyzm był zawsze na usługach państwa, nigdy nie starał się nad nim panować, tak jak robi to katolicyzm. Ta cecha została utrzymana podczas socjaldemokratycznej hegemonii. Lewica użyła Kościoła luterańskiego do budowania egalitarnego społeczeństwa. Dlatego socjaldemokratom nie spieszyło się do laicyzacji. Państwo dawało Kościołowi pieniądze, a jednocześnie wymagało, aby ten szanował system i władzę. Jest to nie do wyobrażenia w kraju katolickim, w którym kler chce rządzić politykami. Dlatego podawanie przez polskich prawicowców Norwegii jako pozytywnego przykładu państwa rzekomo prokościelnego i przy tym nowoczesnego jest żałosne. Tamtejszy Kościół państwowy akceptuje rzeczy, na które polski katolicyzm nigdy by się nie zgodził. Zlaicyzowanym Skandynawom tamtejszy „klerykalizm” zbytnio nie przeszkadzał, podobnie jak monarchia. A to dlatego, że i jedno, i drugie nie miało większego znaczenia i wpływu na realne życie. Jednak po latach rozdział Kościoła i państwa przeprowadzono w Szwecji, a w Norwegii i Islandii proces ten nabiera tempa, m.in. z powodu wielkiego uwiądu parafii protestanckich.

Misjonarze z Polski

W ostatnich miesiącach w polskich mediach pojawiły się pompatyczne teksty na temat rychłego nawrócenia Skandynawii na katolicyzm. Rzeczywiście Kościół katolicki w krajach nordyckich, zwłaszcza w Norwegii, przeżywa pewien renesans. Jest on związany jednak wyłącznie z jednym czynnikiem – potężną falą polskiej emigracji „za chlebem”, która w stosunkowo słabo zaludnionej Norwegii (4,7 mln mieszkańców) osiągnęła nawet liczbę 100 tys. osób.

Nieliczne parafie katolickie, z niewielkimi kościółkami, zaczęły pękać w szwach. Kto widział na przykład katedrę rzymskokatolicką w Oslo, ten wie, że „matka norweskich kościołów katolickich” jest wielkości małego kościoła parafialnego w Polsce. Gdy w Oslo pojawiło się nagle o kilkanaście tysięcy Polaków więcej, to ten kościół oczywiście przestał wystarczać, nawet jeśli na mszę pofatygował się zaledwie co dziesiąty nowo przybyły rodak. Zaczęto więc rozbudowywać katolickie parafie (np. w Stavanger w zachodniej Norwegii). Ale jeśli ktoś twierdzi, że na miejscowych zrobiło to wrażenie i wywołało chęć przejścia na katolicyzm, to jest w błędzie. Za to u niektórych spowodowało to pewne rozbawienie.

Słowo „nawrócenie”, którego używają polskie media w kontekście rzekomej katolickiej ekspansji na Północy, niesie ze sobą dwa przesłania. Religijne i etyczne. Człowiek nawrócony to nie tylko człowiek bardziej pobożny, ale także podobno bardziej moralny. Uważam, że ekspansja polskiej religijności katolickiej nie jest w stanie pogłębić u Skandynawów żadnego z tych dwóch aspektów.

Polski katolicyzm jest płytki, bezrefleksyjny, obrzędowy. Nadwiślański kler katolicki bywa butny i powierzchowny. Polacy są de facto obojętni wobec wiary, o czym na tych łamach pisaliśmy wielokrotnie. Ta płycizna religijna nie jest w stanie niczym zaimponować tej mniejszości Skandynawów, która jest jeszcze wierząca. Bardziej konserwatywni z nich ocenią polskich katolików jako półniewierzących, a ci bardziej liberalni – jako mało etycznych, bo na przykład skłonnych do homofobii. Ze smutkiem trzeba też przyznać, że większość udowodnionych kradzieży w norweskich sklepach popełniają Polacy...

Jeśli chodzi o aspekty moralne, to rzeczywiście chyba niczym nie zaimponujemy. Zresztą nigdzie w Europie nie mamy pod tym względem dobrej opinii. Co najwyżej część rodaków uchodzi za pracowitych, ale i Skandynawowie nie są leniami. Mają najwyższe wskaźniki zatrudnienia i opinię solidnych. Na czym miałoby zatem polegać „nawrócenie Skandynawii”? Na co niby mielibyśmy ją nawrócić? Co takiego miałaby pod polskim wpływem zyskać, czego dotąd nie ma?

Marek Krak
Odsłony: 3359