Drukuj
Kategoria: Diagnozy i prognozy
Image(Komentarz Demokratesa: przypominamy poniżej jeden z wielu instruktywnych, moralnie pięknych i nowatorskich tekstów,  które pozostawił po sobie zmarły niedawno Leszek Nowak, filozof tyleż wybitny, co przemilczany przez wielkie media)

Żyjemy w okresie ideowej dominacji liberalizmu. Świadectwem tego jest fakt, iż wielu ludzi ongi związanych z orientacją lewicową przechodzi dziś ku liberalizmowi, często pod pozorem, że różnica między lewicą a prawicą się zatarła i dystynkcja ta jakoby nie ma już sensu. Dotyczy to nie tylko jednostek, ale i zespołów ludzkich, n. p. dziennikarskich. Jednym z najdobitniejszych symptomów, a więc symbolem, tego to procesu jest fakt, iż najznakomitsze przez trzy dekady polskie pismo ukazujące się pod wezwaniem Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! zmieniło w dekadzie czwartej orientację ideową na Obywatele klasy średniej, dzielcie się (a całość sama się złoży)! I - przypadkowo, czy nie - straciło na jakości: patronat ideologii liberalnej zdecydowanie mu nie służy.
 
Gdzie mieści się liberalizm na osi lewica/prawica? Wymaga to określenia samej tej palety. Miałem już okazję parokroć o tych sprawach pisywać, więc tylko krótkie podsumowanie. Podział orientacji ideowych na prawicowe i lewicowe wyraża, zasadniczo biorąc, rozmaite postawy wobec odwiecznego, a może i wiecznego, zjawiska społeczności ludzkich, jakim jest konkurencja między ludźmi, konkurencja o zawsze niewystarczającą liczbę dóbr. W wyniku procesów konkurencyjnych tworzy się zawsze jakaś, mniej (jak w kapitalizmie) lub bardziej (jak w feudalizmie) sztywna, hierarchia społeczna. Otóż tezą kluczową prawicy jest, że hierarchia ta jest zasadniczo hierarchią zasług. Kto wyżej potrafi się w niej ulokować, kto ma więc więcej bogactwa czy wpływów, ten dowodzi wyższej wartości własnej: przedsiębiorczości, uzdolnień, skuteczności w działaniu. Silnyś, znaczy, żeś praw - oto przesłanie prawicy. Prawica dla mas ma jedynie wzgardę: to ci, którym się nie powiodło, to nieudacznicy, którzy pozostali w dołach zasadniczo z własnej winy. Współczesną postacią prawicy, dostosowaną do warunków społeczeństwa kapitalistycznego, jest liberalizm. Lewica natomiast pokazuje, iż milczącym założeniem prawicy jest to, że proces konkurencji między jednostkami jest uczciwy, że więc wszyscy mają te same szanse na wygraną. Tak właśnie nie jest. Nie tylko dlatego, że metody, jakie przedsiębiorcze jednostki stosują w rywalizacji, nie wystawiają im niekiedy najlepszego świadectwa; to jest drugorzędny aspekt sprawy. Przede wszystkim dlatego, że utrwalona już hierarchia społeczna w ogromnym stopniu wpływa na wynik rywalizacji powodując, że nie ma ona bynajmniej charakteru wolnej, uczciwej konkurencji. Tatuś, tatuś tatusia, itd. jawnie przecież ciążą nad wynikami kapitalistycznej konkurencji, przesądzając o rzeczywistej nierówności warunków startu. Lewica opowiada się w konsekwencji za działaniami na rzecz rzeczywistego wyrównywania szans w grze życiowej, za uczciwą konkurencją. Wyrównywać szanse znaczy działać na rzecz tych, którzy są w gorszej sytuacji wyjściowej. Jak prawica wiąże się ze zwycięzcami, a więc z elitami, tak lewica wiąże się z przegranymi; odnosi się też z życzliwością do tych, którzy w grze konkurencyjnej uczestniczyć w ogóle nie chcą.

Lewica jest albo radykalna (komunistyczna), albo socjalistyczna. Komunizm uznaje nieuczciwość kapitalistycznego konkurencjonizmu za niereformowalną i optuje za rewolucją ustanawiającą inny, oparty na współpracy, nie na rywalizacji, typ ładu społecznego. Wiemy, czym usiłowania te się skończyły: ustanowieniem jeszcze gorszej niż kapitalistyczna hierarchii klasowej, opartej nie na władzy gospodarczej, lecz na trójwładzy. Lewica socjalistyczna jest natomiast za stopniowym reformowaniem mechanizmów społecznych kapitalizmu w kierunku zbliżania go do systemu rzeczywiście równych szans, a więc socjalizmu. Orientacja socjalistyczna nie przeczy bynajmniej wartościom - przede wszystkim wkładowi do postępu cywilizacyjnego - jakie wnoszą do dorobku społecznego zwycięzcy w grze konkurencyjnej, a więc klasy wyższe. Domaga się ona tylko, by to, co wnoszą klasy niższe, również za taki dorobek uznane zostało. To prawda, że kierowany żądzą zysku kapitalista jest organizatorem życia gospodarczego, z którego pracy korzystają m.in. pracownicy nie potrafiący czy nie chcący zakładać własnych hurtowni. To nieprawda, że ci ostatni są tylko pracobiorcami, że jedynie biorą. Oni również kapitaliście coś dają - własną pracę, są więc pracodawcami. Socjalizm jest, jak komunizm, lewicą, ale lewicą ideologicznie nieagresywną: on jeno broni prawa ludzi z dolnych pozycji społecznych do socjalnej godności. Prawica jest natomiast zwykle ideologicznie agresywna, także prawica liberalna.

Jest także - pomiędzy liberalizmem a socjalizmem, w centrum - orientacja socjalliberalna. Uznaje ona, jak liberalizm, mechanizm konkurencji za optimum organizacji społecznej, wyklucza więc myśl o jakichkolwiek reformach kapitalizmu. Różni się od liberalizmu tym, że skłonna jest do doraźnych koncesji na rzecz mas pracowniczych. Liberalizm jest arogancki wobec przegrywających w grze życiowej - masy nie są dlań niczym innym, jak tłem dla elit. Socjalliberalizm różni się od liberalizmu tym, iż optuje za bezpieczeństwem socjalnym wszystkich ludzi, a jako minimum wymaga tego, aby ci, którym powiodło się w grze życiowej, służyli ludziom z nizin społecznych ochroną i pomocą. Socjalliberalizm jest, rzecz jasna, bliżej lewicy niż liberalizm, tym niemniej nie jest to koncepcja lewicowa, lecz centrowa. Również wedle niej źródło postępu społecznego ma leżeć w elitach, tyle że masy zasługują na współczucie i pomoc.

Tymczasem dla lewicy masy zwykłych ludzi - tych, którzy okupują niższe pozycje w hierarchii społecznej, bądź tych, którzy do miejsca w niej w ogóle nie aspirują - zasługują nie tyle na litość, co na uznanie za własne, swoiste wartości, jakie wnoszą do życia społecznego. Jakie? Wystarczy się rozejrzeć i przypomnieć sobie, kto wznosił piramidy i katedry, kto zbiera zboże, kto uczy nasze dzieci i dogląda nas w szpitalach. Z pewnością nie ludzie zajęci walką o własne jak najwyższe pozycje w hierarchii społecznej. Czynią to natomiast ludzie pracy najemnej, którzy zajmują w tej hierarchii pozycje "środkowo-dolne". Czynią to na co dzień dzieląc tu zasługi budowy ładu cywilizacyjnego z elitami ład ten organizującymi. Kiedy natomiast ład społeczny się psuje, wówczas sprzeciw tych zwykłych ludzi - jak trzeba, z rewolucjami (byle przegranymi!) włącznie - staje się zasadniczym mechanizmem rozwoju; widzieliśmy to nie tak dawno. Istotnie: od zwykłych ludzi też trochę w dziejach zależy, a w momentach przewrotów socjalnych, dla dziejów tych kluczowych, głównie od nich dzieje zależą. Dlatego to lewicę - tę niedeklaratywną - wyróżnia szacunek dla zwykłego człowieka.

Waga tej opozycji ideowej przejawia się przy podejmowaniu każdego niemal zagadnienia społecznego. Niedawno ogłoszony esej Zygmunta Baumana (Przegląd Społeczny 1-2/98) dokonuje wyśmienitej destrukcji socjologicznego pojęcia podklasy, ukazując jego ideologiczną stronniczość na rzecz "klas wyższych". Poprowadźmy tę krytykę nieco dalej. Oto głośna Auletty charakterystyka podklasy analizowana przez Z. Baumana: "...wśród badaczy ubóstwa nie ma różnicy zdań co do tego, że istnieje rzeczywiście całkiem wyrazista - czarna i biała - podklasa[,] że owa podklasa czuje się na ogół wyłączona ze społeczeństwa, że odrzuca ona powszechnie przyjęte wartości, że cierpi ona nie tylko na niedobór dochodów, ale i na ułomności zachowania. Nie są oni po prostu biedni, ich postępowanie większość Amerykanów postrzega jako aberrację". Tak pojęta "podklasa" jest teoretycznie kategorią jawnie niezborną. Rzeczywiście: jaki ma sens zaliczanie do jednej kategorii społecznej przestępców i niezamężne matki?

Co ważniejsze jednak, pod przytoczoną charakterystykę w pełni podpadają nie tylko wyliczani tam zwykle kryminaliści, niezamężne matki, itd., ale również awangardowi poeci czy malarze. Z pewnością było tak w XIX w., a i do dziś w pewnej mierze tak jest: uczestnicy artystycznej bohemy San Francisco czy Nowego Jorku "czują się na ogół wyłączeni ze społeczeństwa", "odrzucają powszechnie przyjęte wartości", a ich "postępowanie większość Amerykanów postrzega jako aberrację". A nawet w jakiejś mierze "cierpią na niedobór dochodów". Z tą może różnicą w porównaniu z czasami Modiglianiego, iż dziś ci utalentowani ludzie łatwiej mogą znaleźć zatrudnienie w "użytecznych społecznie" zawodach robiąc z poczuciem wstydu, a może i winy, "fuchy" w reklamie. Tych więc uparty empiryk pewnie zaliczy do "klasy średniej". Zaliczy ich jednak nie jako awangardowych artystów lecz jako pacykarzy. Logika jest wszakże bezlitosna - zgodnie z przytaczaną charakterystyką, awangardowi artyści są często fragmentem "podklasy". Nie widzi tego "klasa średnia", bo nie da się tych ludzi traktować z pogardą - jak prostych narkomanów, ani z poczuciem wyższości - jak niezamężne matki. Także socjologowie nie widzą tego, bo zwykle wyrażają dziś optykę społeczną tej właśnie klasy, na ogół przyjmując liberalny punkt widzenia, traktujący kapitalizm jako optimum społeczne. Zaliczenie artystycznej awangardy (a choćby tylko jej części) do podklasy ujawniłoby, iż owo "optimum społeczne" jest optymalne co najwyżej z punktu widzenia producenta, wynalazcy, bankowca, konsumenta i innych tego rodzaju ról społecznych, dających się wprzęgnąć w mechanizm rynkowy i pochodne urobione wedle tego samego wzorca (jak np. mechanizm kultury masowej). Ujawniłoby to tedy, iż "optimum społeczne" jest co najwyżej optimum gospodarczym.

Przykład ten pokazuje zarazem, iż pojęcie "podklasy", choć bywa stosowane nierzetelnie, nie musi być wyzute z treści teoretycznej. I bynajmniej nie jest. Tyle, iż treść ta nie wszystkim musi się podobać. A jest ona nader prosta: do "podklasy systemu kapitalistycznego" należą wszyscy ci, którzy nie starają się wspinać po hierarchii pozycji socjalnych tworzących ten system. A więc ci, którzy wyłączają się z mechanizmu konkurencji rynkowej i pochodnych mechanizmów konkurencyjnych. Rzecz teraz w tym, iż kryminaliści bynajmniej nie należą do tak pojętej "podklasy". Tworzą oni przecież sztywne hierarchie, w obrębie których odbywa się ostra walka konkurencyjna - i o to samo, co w oficjalnym systemie społecznym: pieniądze, władzę i prestiż. Społeczność kryminalna różni się od oficjalnej jeno tolerancją dla ostrości środków, jakimi walczy się o to samo, o co walczą czcigodni obywatele; jest ona więc raczej negatywnym odzwierciedleniem społeczeństwa oficjalnego, rodzajem nieoficjalnego podsystemu, równie jednak kapitalistycznego co podsystem oficjalny. Do "podklasy społeczeństwa kapitalistycznego" należą natomiast ci, których nie stać na walkę konkurencyjną - nędzarze, chorzy, samotne matki itd., a także ci, którzy z jakichkolwiek powodów odmawiają włączenia się do tej walki - bohemy artystyczne, pewna część naukowców, ludzie i grupy głęboko religijne, itp.

Dlaczego jednak włącza się do pojęcia podklasy zarazem przestępców oraz niezamężne matki? Ma to zupełnie wyrazisty sens ideowy. Przynależność do podklasy ma wszak być negatywnym piętnem. Takim piętnem liberalnie zorientowany socjolog obdarza tych, co nie uczestniczą w najlepszym z możliwych ustrojów; nie uczestniczą - to znaczy są winni! Samotne matki zaś to kategoria dla socjologii liberalnej nader kłopotliwa. Wychowywanie dzieci jest przecież - wedle powszechnie żywionych wartościowań - ważnym i godnym wysokiego uznania zadaniem społecznym. Kiedy ktoś wychowuje dziecko samotnie, budzi to raczej współczucie, a nawet rodzi zobowiązania, może nawet myśl, że społeczeństwo jako całość, czy jego organ - państwo, winno nie tylko stróżować wolnemu rynkowi, ale i komuś takiemu pomóc. Zwłaszcza, jeśli osobą samotnie wychowującą jest kobieta. Jak utrzymać zdrową niechęć członków klasy średniej wobec tych, co odmawiają udziału w zbawiennym mechanizmie konkurencyjnym, wobec osób, które jawnie stawiają wyżej dobrostan dziecka niż swój sukces życiowy? Jest pomysł! Połączyć je w jednej kategorii z grupą, która jest powszechnie z moralnego punktu widzenia potępiana: z kryminalistami.

Zbyteczne zastrzegać, że nikt tak nie rozumuje, ani żadnych tego rodzaju decyzji definicyjnych świadomie nie podejmuje. Socjolog kieruje się tu raczej odruchami propulsji i repulsji podyktowanymi przez wyznawaną ideologię niż jakimkolwiek racjami rzeczowymi (co zresztą widać...). Jak Arystoteles ongi odruchowo usuwał niewolników z obrazu struktury społecznej (badając za to z należną starannością kryteria "znakomitości" socjalnej...), tak dzisiejszy socjolog liberalny odruchowo usuwa z obrazu i pakuje do rubryki "podklasa" wszystko, co mu przeszkadza w akceptacji systemu, który każdemu każe wspinać się po swoich szczebelkach jak najwyżej, nawet samotnym kobietom obciążonym zgoła innymi kłopotami niż to, by odnieść zawodowy sukces, a więc przewyższyć rywali, powiększyć konto, wznieść się na wyższy szczebel konsumpcji.

Na zakończenie raz jeszcze podkreślić chciałbym, iż lewica socjalistyczna nie neguje bynajmniej roli, jaką dla postępu cywilizacyjnego pełnią elity. Lewica ta zgadza się więc z liberalizmem, iż przedsiębiorczość jest dobrem rzadkim i
ważkim, że powinna mieć swoją wysoką cenę, a uzyskany w jej wyniku kapitał jest zasadniczym czynnikiem rozwoju gospodarczego. Domaga się jednak trzech rzeczy: by podobną rolę przyznać pracy najemnej, uznając przy tym jej zasługi w dobie przewrotów socjalnych; by konkurencja była uczciwa; by ci, którzy w szranki konkurencji nie chcą stawać, nie byli z tego tytułu jakkolwiek dyskryminowani, choćby nawet tylko zaliczeniem do "podklasy" przez aroganckich socjologów czy publicystów.

 Żródło: http://bezdogmatu.webpark.pl/nowak38.htm
Odsłony: 3841